BlogPorady dla autorów

Redakcja i korekta, czyli odpicuj mój tekst

Rzetelna, profesjonalna redakcja może zaważyć na tym, czy Twoja książka zainteresuje wydawcę i pozwoli spełnić marzenia o publikacji w wydawnictwie. Na czym polega i ile trzeba za nią zapłacić?

Redakcja… czyli co właściwie?

Jeśli nie jesteś osobą w żadnej mierze związaną z branżą wydawniczą, dziennikarstwem czy copywritingiem, być może posiadasz pewne przekonania co do swoich talentów czy umiejętności. Może już uważasz się za bardzo dobrego pisarza/pisarkę i potrzebujesz jedynie rozwinąć skrzydła pod opieką właściwego wydawcy, a może traktujesz pisanie wyłącznie jako hobby, działalność poboczną. Może jesteś zdania, że skoro dużo czytasz, to poprawną pisownię masz w małym palcu. Jeśli tak jest, pierwsza profesjonalna redakcja twojej książki pozbawi Cię wszelkich złudzeń. Może nawet (niekoniecznie słusznie) wstrząśnie twoją pewnością siebie i osłabi wiarę w to, że czeka cię splendor twórcy bestsellerów…

W trybie śledzenia zmian MS Office, z dodanymi komentarzami, tekst może wrócić “wywrócony na lewą stronę”, a Ty poczujesz się tak, jakbyś dostał od szkolnej polonistki bezlitośnie pokreślone dyktando z oceną 3-. Uczulam na sytuacje, w których tekst wraca niemalże bez zmian – tak może być w dwóch przypadkach. W pierwszym tekst okazał się na tyle dobry, że redaktor “nie miał się do czego przyczepić”. Drugi – i tego Ci nie życzę – jeśli redaktor po prostu nie zna się na swojej pracy albo wydawnictwo nie przykłada należytej wagi do tego etapu i tnie wydatki po swojej stronie. Zdarza się tak często w przypadku współpracy z firmami oferującymi usługi wydawnicze lub wydawnictwami typu vanity.

Zredagowany tekst… dla redaktora?

Ktoś może zapytać, po co tracić czas i płacić za redakcję propozycji wydawniczej, jeśli tekst jest dobry. Przecież w wydawnictwie i tak będą musieli zredagować przesłany tekst, jeśli zostanie przyjęty. Cóż, choćby po to, by redaktora nie rozbolała głowa podczas czytania tekstu i skupiał się na fabule, a nie na powtórzeniach czy kulejącej składni. Chcesz zwiększyć swoje szanse na to, że odpowiedź od wydawnictwa będzie pozytywna i nawiążesz współpracę? Podejdź do sprawy profesjonalnie. Jeśli nie czujesz się na tyle pewnie ze znajomością zasad poprawnej pisowni, że obawiasz się o błędy w tekście – zleć profesjonalną redakcję i korektę jeszcze PRZED wysłaniem propozycji do wydawcy. Z mojego doświadczenia wynika, że dopracowany tekst ma znacznie większe szanse wzbudzić zainteresowanie redaktora, który zapoznaje się z propozycją.

W tym miejscu pewnie zastanawiasz się: “No dobrze, ale ile mnie to będzie kosztować?”. Stawki rynkowe, jakie wydawnictwa oferują współpracującym z nimi redaktorom za ich pracę, rozpoczynają się od kilkuset złotych za arkusz wydawniczy (40 tys. znaków ze spacjami, czyli ok. 22 strony znormalizowane, liczące 1800 znaków ze spacjami). “Jak to, nie za stronę?” Cóż, strona stronie nierówna. Nie każda strona będzie wypełniona tekstem, nie każda będzie napisana tym samym krojem i stopniem, z identyczną interlinią. Niektóre strony (np. ostatnia w rozdziale) mogą się kończyć w połowie, inne – zawierać grafiki albo obszerne przypisy. Spójrz na poniższe dwie strony z mojej książki “Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie?” (wyd. Astra 2017).

Na całkowitą liczbę składają się wszystkie znaki w tekście, w tym interpunkcyjne i – tak, dobrze czytasz – spacje. Dziwi cię to? A często spotykasz teksty, które ich nie posiadają? Niektóre nawet podwójne – to już błąd typograficzny, który powinien zostać wyeliminowany na etapie korekty (o tym w innym artykule). Do tego dochodzą przypisy, wstęp/przedmowa, zakończenie/posłowie, bibliografia, wszelkie “słowa od autora” i podziękowania. Teksty okładkowe oraz cytaty również wymagają redakcji, podobnie jak wszystkie dodatki, suplementy, podpisy pod grafikami, tabelami i wykresami (one same również!), zdjęciami itd. Generalnie – wszystko, co da się czytać.

Dobrze, to co z tymi cenami? Widełki są różne, zależą w dużej mierze od samego redaktora, jego doświadczenia i indywidualnych stawek. Możesz trafić na osobę, która zaoferuje poniżej 100 zł za arkusz (np. studenta filologii polskiej, który chce sobie dorobić, a nie ma jeszcze doświadczenia), ale również na taką, która ma na koncie kilkadziesiąt zredagowanych pozycji i wyceni swoją pracę na 500 zł za arkusz. Zależnie od objętości książki (wystarczy wejść w zakładkę “Recenzja” w pliku MS Word, by sprawdzić, jak dużo tekstu masz do zredagowania – całkowitą liczbę znaków ze spacjami dzielisz przez 40 000 i otrzymujesz w ten sposób liczbę arkuszy wydawniczych) możesz zapłacić za redakcję nawet kilka tysięcy złotych.

A darmowe narzędzia?

“No nie, kilka tysięcy? Wolne żarty!” – możesz sobie pomyśleć. Cóż, wynajmując specjalistów do położenia kostki na podjeździe czy flizowania łazienki, też musisz liczyć się z kosztami – tym wyższymi, im bardziej profesjonalna i polecana jest firma, którą zatrudniasz. Ale jeśli chcesz i czujesz się na siłach, może spróbować zrobić redakcję tekstu samodzielnie. Na flizowaniu i brukowaniu akurat nie bardzo się znam, ale doradzę Ci, od czego zacząć i jakich narzędzi użyć, aby samemu (wstępnie) zredagować swój tekst.

Na początek zacznij od przeczytania – tak po prostu. Nie, nie czytasz historii, nie czytasz powieści, poezji czy sztuki – czytasz tekst. “Wyłącz” tryb autora (jeśli nie potrafisz tego zrobić albo nie znajdujesz w tekście żadnych usterek – to wyraźny sygnał, że potrzebujesz do tego profesjonalisty). Najwygodniej robić to na wydruku, choć zużycie ryzy papieru i całego pojemnika tuszu, że o prądzie nie wspomnę, również wiąże się z kosztami. Niestety, czytanie na ekranie komputera przebiega bardziej “automatycznie” i łatwiej przeoczyć literówkę czy błąd. Następnie ten sam tekst sprawdź za pomocą narzędzi wspierających pracę z tekstem, takich jak “Redaktor” w programie MS Office. Nie jest to, niestety, narzędzie idealne, co pokażę na przykładzie poniżej. Na zrzucie z ekranu widać tekst mojego artykułu o historii rozumienia i leczenia padaczki, który pojawił się kilka miesięcy temu w serwisie “Medycyna Praktyczna”.

Przed wysłaniem tekstu zawsze korzystam z tego narzędzia, gdyż pomaga wyłapać (nie wszystkie) literówki oraz sprawdzić ortografię (całkiem nieźle), gramatykę (średnio na jeża) oraz interpunkcję (tutaj to już nie ma co na nim polegać). Jak widać, ocena mojego tekstu jest wysoka, ale program znalazł 37 błędów pisowni. Zaraz, czy na pewno błędów?

Jak widać na powyższym zrzucie, błędne słowa to nazwy własne, których nie ma w słowniku MS Office oraz słowa łacińskie, których również nie rozpoznaje. Narzędzie oznacza każde słowo, którego nie rozpozna, w tym wyrażenia obcojęzyczne, slangowe czy gwarowe, nazwiska itd. Nie oznaczy za to na przykład literówki “ze” zamiast “że”, bo zarówno spójnik, jak i przyimek funkcjonują w języku polskim.

Istnieje także wiele innych narzędzi do sprawdzania tekstu, choćby popularny Ortograf. Czy może być alternatywą dla pomocy profesjonalnego redaktora? Jak czytamy na stronie narzędzia: “Znalezione błędy i propozycje poprawek należy traktować jedynie jako sugestie. Zastosowany algorytm nie znajduje wszystkich błędów i w wielu przypadkach nie jest w stanie zaproponować poprawnej pisowni. Użytkownik powinien korzystać z witryny na własne ryzyko.”

Jeśli mamy do czynienia z mało popularnymi błędami, skomplikowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, rozbudowaną składnią, wyjątkami od reguły, podwójnymi spacjami czy literówkami – nie możemy na nim polegać. Przykład? Proszę bardzo, poniżej zrzut zawierający dwa zdania – w pierwszym mamy literówki, zbędne powtórzenia i niezgrabną konstrukcję. Program nie wyłapał przede wszystkim literówek (“konta” zamiast “kota” i “osa” zamiast “psa), reszta problemów nie ma szans na sprawdzenie za pomocą tego typu narzędzi.

A na koniec test na spostrzegawczość. Czy zauważyliście, że na zrzucie z narzędzia Ortograf brakuje czasownika “lubi” w drugim zdaniu, które opisane jest jako poprawne? Jeśli tak – brawo! Jeśli nie, to mam nadzieję, że nie macie już wątpliwości co do tego, że potrzebujesz dobrego redaktora. O tym, jak go znaleźć przeczytasz tutaj. A zainteresowanych współpracą ze mną zapraszam do zakładki Kontakt.

Author Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

Pisarka, redaktorka i tłumaczka z wieloletnim doświadczeniem, związana m.in. z wydawnictwami Astra, Znak, Otwarte. Autorka trzech książek o tematyce historycznej i ponad setki artykułów opublikowanych w mediach tradycyjnych i cyfrowych, m.in. w „Focusie”, „Świecie Wiedzy" czy w serwisie "Medycyna Praktyczna".

More posts by Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

© 2016 Symulakra. Theme by: Theme Nectar | Design by Steps Media Team