BlogPorady dla autorów

5 mitów na temat self-publishingu i współpracy z wydawnictwem

Selfy to grafomania i plaga rynku wydawniczego! Selfy to jedyna szansa dla utalentowanych debiutantów i autorów, by zarobić na pisaniu! Gdzie leży prawda? Oto 5 mitów pokutujących wśród młodych autorów debiutantów, wynikających z niewiedzy i zafałszowanego obrazu rynku wydawniczego. Sprawdź, czy nie przyjmujesz któregoś za pewnik.

1. Self-publishing to po prostu uczciwa współpraca

Przekonanie, że self-publishing to działalność, w ramach której wydawnictwo pomaga debiutantowi wydać pierwszą książkę i umieszcza ją na rynku jest jednym z najczęstszych – i najgroźniejszych. Cały proces jest zaplanowany w taki sposób, żeby nie tylko wszystkie koszty związane z wydaniem i dystrybucją spadły na autora. Ma również zapłacić odpowiednią prowizję, z której utrzymują się firmy działające w tej branży. Nie ma tu mowy o żadnym współfinansowaniu ani o pomocy – jest zwykła usługa, a autor jest tylko i wyłącznie klientem. To dużej mierze wyjaśnia powód, dlaczego firmy czy wydawnictwa typu vanity (oferujące publikację za pieniądze autora) traktują debiutantów (z pozoru) po królewsku. Podkreśla to Marek Deja pisząc, że książkę wydaną w ten sposób można rozpoznać po tym, że na jakości wydania odbija się „podejście do klienta nastawione na jak największy zysk [zaznaczenie moje – ABR], który pochodzi głównie wnoszonych przez niego opłat”.

Co więcej, jak zaznacza Łukasz Kotkowski, autor decydujący się na taki sposób publikacji “zmuszony jest zgłębiać arkana programów do zaawansowanej obróbki tekstu, software’u graficznego, programów DTP oraz narzędzi publikowania (albo mieć przepastną kieszeń, by opłacić na własną rękę cały proces). Musi wiedzieć, czym jest e-ISBN i dlaczego jest istotny dla jego pracy. Powinien łączyć sobie cechy rzemieślnika, social media ninja, specjalisty od PR-u oraz biznesmena”. Niestety wielu (o ile nie większość) debiutantów nie ma o tym pojęcia. Brutalne zderzenie z rzeczywistością następuje już po fakcie, gdy pieniądze zostały wpłacone.

Aby odnieść sukces w self-publishingu, autor musi być równocześnie marketingowcem, dystrybutorem, prawnikiem, strategiem, handlowcem, PR-owcem, rzecznikiem. To możliwe – przykładem może być Barbara Falenta i jej unikatowy projekt Mamy Piszą Książkę, przy którym miałam przyjemność pracować jako szefowa zespołu redakcyjnego. Początkowo szalone przedsięwzięcie zaowocowało – na dzień pisania tego posta – ponad 70 tys. sprzedanych egzemplarzy, czwartym bodajże wydaniem i ukazaniem się wersji anglojęzycznej. Tutaj można posłuchać o tym, jak Basia opowiada o procesie wydawniczym i decyzjach stojących za self-publishingiem. Michał Szafrański, autor bloga jakoszczedzacpieniadze.pl, autor m.in. “Finansowego Ninji” może być innym, doskonałym przykładem.

Wydanie książki na własną rękę to karkołomna sztuka. Debiutantom, którzy chcą być wyłącznie pisarzami odbiera przyjemność płynącą z tworzenia, wtłaczając ich w buty wielozadaniowego przedsiębiorcy. Wiedza i umiejętności poruszania się na rynku wydawniczym są niezbędne dla zapewnienia sukcesu wydawniczego. Tradycyjne wydawnictwo bierze tę rolę na siebie.

2. Self-publishing daje wolność kontroli nad procesem wydawniczym

Pokutuje przekonanie, że proces publikacji w tradycyjnym wydawnictwie to długa i żmudna procedura, a autor (zwłaszcza debiutant) jest na pozycji podrzędnej wobec wydawcy. Musi podpisać umowę, której warunki go wiążą, dotrzymywać terminów, zgadzać się na ingerencje w swój tekst, a w końcu zarobi niewielkie pieniądze za ciężkie miesiące pracy. O tym zdecydowała się – w atmosferze ogromnej krytyki ze strony kolegów-autorów – powiedzieć głośno Kaja Malanowska. Po pierwsze, umowy wydawnicze, o ile są dobrze napisane (o tym więcej u Wojtka Wawrzaka z Prakreacji) chronią również prawa autora i treść utworu (np. błędne jest przekonanie, że wydawca ma prawo podczas redakcji ingerować w zawartość merytoryczną tekstu w porządnie przygotowanej umowie licencyjnej znajdują się zapisy tego zakazujące). Po drugie, udzielając wydawcy wyłącznej licencji na rozpowszechnianie i adaptacje swojego dzieła autor zgadza się na promocję swojej książki, a więc tak naprawdę na działania zmierzające do jej sprzedaży. Po trzecie, umowy licencyjne autor podpisuje na kilka lat (zwykłe ok. 5), więc po upływie tego czasu jest już zwolniony ze zobowiązań. Zwróćcie uwagę, że piszę tutaj wyłącznie o umowach licencyjnych – o tym, jakie inne umowy, mniej korzystne dla autora, bywają podpisywane, napiszę w kolejnym wpisie.

Na co autor nie ma wpływu? O dacie publikacji, nakładzie, liczbie wydań, rodzaju wydań i szacie graficznej oraz cenie decyduje zazwyczaj wydawnictwo. Czego nie może zrobić ze swoją książką? Nie może jej rozpowszechniać, np. w sieci, nie może wkleić jej na swoim blogu ani stronie. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy – czy autor publikowany w uznanym wydawnictwie będzie wolał wkleić na swoim blogu tekst wycięty z pliku MS WORD? A może raczej link do strony wydawnictwa i książki z atrakcyjną okładką (vide link do przepięknej okładki mojej trzeciej książki na stronie wydawnictwa oraz materiałów promocyjnych) lub do sklepu, gdzie czytelnicy jego bloga czy strony będą mogli ją od razu zakupić?

Co autor musi w związku z podpisaną umową? Poza terminowym dostarczeniem manuskryptów i uważną współpracą z redaktorem, który zajmuje się jego książką – całkiem sporo. Powinien zgodzić się, aby jego zdjęcie pojawiło się w sieci – i to nie tylko na książce lub stronie wydawnictwa. Może ono wypłynąć w różnych artykułach promocyjnych i materiałach, dosłownie w każdym miejscu, gdzie tylko wydawca uzna to za słuszne, a autor nic z tym nie zrobi. Powinien, bo zazwyczaj wyraża na to zgodę w umowie, jeździć na spotkania autorskie, które organizuje mu wydawca – nierzadko w żnych częściach kraju i w żnych mediach, na targach książki itd. Wydawnictwo może zwrócić mu koszty delegacji, ale autor nie dostanie za to wynagrodzenia – to wyłącznie forma promocji książki. Można odmówić, zwłaszcza gdy debiutujący pisarz pracuje i nie ma możliwości jeździć po kraju i promować książki, jak to zazwyczaj bywa, ale wtedy odbiera sobie ważny kanał promocji. Powinien więc podjąć decyzję, co leży w jego najlepszym interesie.

Nie należy zapominać o tym, jak ogromne wyzwanie stanowi owa kontrola nad procesem wydawniczym, jeśli autor musi wszystko wziąć na siebie. Nawet jeśli przekaże większość zadań zewnętrznym profesjonalistom – jak pisze Łukasz Kotkowski w artykule o procesie wydawniczym – “pozostaje koordynatorem projektu, mistrzem logistyki, który nad tym wszystkim zapanuje i skoordynuje w czasie”. Taką drogę przeszedł Tomasz Jakimiuk – podsumowuje ją w tym wpisie. Pytanie, czy posiadasz wystarczającą wiedzę, umiejętności, obycie rynkowe i – wreszcie – czas, by się tym zajmować. Albo pieniądze na to, by zlecić to specjalistom.

3. Tradycyjne wydawnictwo chce tylko zarobić na autorze

To jeden z najbardziej szkodliwych dla autora mitów. Publikując w tradycyjnym wydawnictwie, autor wiąże się z nim, a podpisanie umowy ma oznaczać realizację wspólnego celu. Tym celem jest stworzenie i wypromowanie książki, która okaże się rynkowym sukcesem i obydwie strony mają dołożyć wszelkich starań, by tak się stało. Jeśli to się uda, wysoka sprzedaż przełoży się nie tylko dla zysk finansowy dla wydawnictwa i autora, ale również na korzyści wizerunkowe i długofalową współpracę, której dalszy przebieg można negocjować. Firmy działające w branży self/vanity zarabiają wyłącznie na prowizji, więc nie interesuje ich sprzedaż książki. Skoro zarabiają na prowizji, będą w stanie wydać wszystko, byle zarobić. Porządny skład i solidna adiustacja, napędzające sprzedaż blurby na okładce, dobrze opracowana strategia promocyjna czy nawet redaktor prowadzący autora i udzielający mu wskazówek – o takich rzeczach self-publisher może jedynie pomarzyć, chyba że jest gotowy ponieść dodatkowe koszty. Niestety wielu debiutantów uważa, że wystarczy napisać tekst, który oceni pozytywnie kilkoro przypadkowych osób (znajomi i rodzina to niestety zazwyczaj najgorsi recenzenci), by móc bezrefleksyjnie uznać go za godny publikacji. O tym, co robić dalej, gdy już masz tekst i chcesz nawiązać kontakt z wydawnictwem przeczytasz tutaj, polecam również lekturę wpisy o tym, co w przypadku, gdy mimo przesłania propozycji wydawniczej żadne wydawnictwo nie chce wydać twojej książki.

4. Tradycyjny proces wydawniczy to dla autora droga przez mękę

W tradycyjnej oficynie publikacja książki jest długim i złożonym procesem. Od momentu złożenia konspektu przez autora i podpisania przez niego umowy do dnia, w którym pierwsze egzemplarze wydrukowanej książki kurier dostarczy do magazynu, mijają długie miesiące. W tym procesie bierze udział wiele osób, bezpośrednio przy książce pracuje ich od kilku do kilkunastu. Autor musi przestrzegać warunków kontraktu (w tym terminów oddania tekstu, choć przesadą jest twierdzenie, że zmusza to do pisania po nocach, bo przecież termin jest uzgodniony wcześniej przez obydwie strony) i lepiej będzie dla niego, jeśli zastosuje się do uwag redaktora prowadzącego jego książkę. Czasem dobry redaktor potrafi nie tylko ukierunkować debiutanta i pomóc mu doszlifować tekst, ale i w przypadku doświadczonych autorów tak „dopracować” tekst, że jego lektura będzie przyjemnością. Redaktor decyduje o tym, jak zostanie wydana książka, ma również wpływ na strategię promocyjną tytułu, w wielu wydawnictwach odpowiedzialny jest również za przygotowanie notki na okładkę. Odpowiada za to, co ujrzy potencjalny czytelnik, gdy weźmie do ręki egzemplarz w księgarni lub co wpadnie mu w oko na stronie księgarni internetowej. Dobrze opracowana notka redakcyjna (o czym więcej w innym tekście) potrafi „sprzedać” nawet trudną do sprzedaży książkę, zła pogrąży nawet dobrą publikację. Niestety, co warto podkreślić, kardynalnym grzechem autorów stawiających na samopublikację jest rezygnacja z redakcji książki (o tym więcej w tym wpisie), co odbija się na jakości tekstu i wydania, przekreślając szanse na powodzenie książki.

Jeśli wydana własnym sumptem książka trafi przypadkiem w ręce znawcy (krytyka, osoby związanej z branżą wydawniczą, akademika), to autorowi może zostać wiele wybaczone, ale dwa błędy na pewno nie. Pierwszym jest wydanie książki bezwartościowej pod względem literackim (tzw. grafomanii), ponieważ zanim podejmie się decyzję publikacji należy mieć pewność, że twórczość jest tego warta. Drugim jest
brak dbałości o stronę redakcyjną publikacji, co świadczyzdaniem krytyków, wydawców i bardziej obytych czytelników – o tym, że autor jest albo osobą próżną, albo nie ma pojęcia jak działa rynek wydawniczy. Obydwa powody dyskwalifikują go jako pisarza.  Jeśli zaś chodzi o koszty redakcji, to trudno uznać je za wygórowane, biorąc pod uwagę, że praca nad tekstem może trwać wiele tygodni, a nawet miesięcy.

5. Debiutant ma nikłe szanse w dużym wydawnictwie

Po pierwsze, self-publishing nie jest dobrym sposobem „budowania portfolio” autora, bo nie będzie mu to liczone na poczet publikacji, gdy już uda się z manuskryptem do wydawnictwa. Może to nawet zostać odnotowane jako ostrzeżenie dla wydawcy, bywa, że padnie pytanie do autora, dlaczego zdecydował się na taki model wydawniczy (brak wiary w siebie? niska jakość tekstu? odmowa innych wydawców?). Trudno  będzie tę decyzję obronić – i „sprzedać” siebie oraz jakoś swoich wcześniejszych i kolejnych książek w rozmowie z potencjalnym wydawcą.

Mitem jest przekonanie, że wydawnictwa tradycyjne nie publikują debiutantów, że nie mają oni szans na publikację w uznanej oficynie. Mitem jest również wiara w to, że trzeba mieć znajomości, być celebrytą lub znaną osobą, aby wydać książkę. Układając kalendarz wydawniczy, każda oficyna zajmuje się pozyskiwaniem nowych tytułów, a redaktorzy co jakiś czas poszukują nowych autorów. Debiutant od samego początku (o pierwszym kontakcie z wydawnictwem i błędach, jakie można wówczas popełnić, piszę tutaj) musi roztoczyć przed wydawnictwem perspektywę zysku, czyli zaproponować coś, na czym wydawnictwo (ale również on sam) zarobi. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ani nagannego, jak zdają się sugerować firmy zajmujące się self-publishingiem. Debiutujący pisarz powinien traktować siebie jak aplikanta na rozmowie o pracę, stojącego u progu kariery zawodowej, a nie jak dziecko, które rodzice prowadzą za rękę, usuwając mu przeszkody z drogi.

Droga do osiągnięcia statusu bestsellerowego pisarza jest trudna i usiana przeszkodami. Wymaga od debiutanta pracy i starań, więc hipokryzją i wpędzaniem w pułapkę ędnych przeświadczeń jest twierdzenie, że owe trudności to coś złego i należy je usunąć. Samo pisanie jest procesem trudnym, a wydanie bardzo dobrego tekstu wieńczące ten proces powinno być jeszcze trudniejsze. Tak już jest. Nie należy zrażać się odmowami ani poddawać, lecz rozwijać warsztat, znaleźć osobę, która pomoże dopracować teksty, zbierać opinie, wysyłać manuskrypty i okazać cierpliwość. Nikt nie urodził się autorem bestsellerów.

Błędne przekonanie o tym, że tylko self-publishing daje autorom możliwość osiągnięcia sukcesu finansowego przyszło do Polski z Zachodu. W zachodniej Europie czy na rynku amerykańskim panują nieco inne realia, które w żadnym wypadku nie mogą być per analogiam odnoszone do naszego rynku wydawniczego. Sukces nad Wisłą odzwierciedlają dwie rzeczy, zresztą ze sobą powiązane: wyniki sprzedaży oraz lokata na liście bestsellerów. Ani jednego, ani drugiego praktycznie nie da się osiągnąć, publikując przez firmy usługowe – choćby ze względu na brak właściwej promocji czy dystrybucji. Pisarz korzystający z płatnych usług publikacji odpowiada na wyłączność za magazynowanie i dystrybucję, więc „wydawcy” nie interesują losy danego tytułu, nie musi martwić się o umieszczenie w dużych księgarniach internetowych czy popularnych sieciówkach, o egzemplarze niesprzedane ani tym bardziej o niedostateczną promocję. Niemniej jednak firma, której uda się skusić debiutanta ofertą „niezależności”, „kontroli nad wydaniem własnej książki” czy „szybkiego ukazania się na rynku” będzie utwierdzać go w przekonaniu, że publikacja u niej niczym nie odbiega jakością od współpracy z profesjonalną oficyną wydawniczą, że książka będzie właściwie promowana i szeroko dystrybuowana, a pieniądze zostaną właściwie zainwestowane. Wielu autorów przekonuje się boleśnie, że tak nie jest.

Porzekadło mówi, że lepiej zgrzeszyć i żałować niż żałować, że się nie zgrzeszyło. Na pewno nie można z całą stanowczością powiedzieć, że self-publishing zamyka całkowicie pisarzowi drogę do publikacji w tradycyjnej oficynie, tak samo jak wydanie książki w sposób tradycyjny nie zagwarantuje mu sukcesu. Polski rynek wydawniczy jest nadal rynkiem specyficznym, rozwija się dość wolno i rządzi się określonymi prawami, dlatego warto mieć dobre rozeznanie w panujących na nim zasadach oraz praktykach, zanim podejmie się decyzję o zaplanowaniu swojej kariery pisarskiej.

Author Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

Pisarka, redaktorka i tłumaczka z wieloletnim doświadczeniem, związana m.in. z wydawnictwami Astra, Znak, Otwarte. Autorka trzech książek o tematyce historycznej i ponad setki artykułów opublikowanych w mediach tradycyjnych i cyfrowych, m.in. w „Focusie”, „Świecie Wiedzy" czy w serwisie "Medycyna Praktyczna".

More posts by Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

© 2016 Symulakra. Theme by: Theme Nectar | Design by Steps Media Team